Biorezonans to albo przełomowa metoda diagnostyczno‑terapeutyczna, albo sprytnie opakowany biznes grający na nadziei chorych. W tym tekście przyjęta będzie druga opcja, oparta na danych naukowych, a nie na obietnicach marketingowych. Biorezonans jest jedną z najczęściej reklamowanych „metod alternatywnych” przy chorobach przewlekłych – od alergii, przez boreliozę, po nowotwory. Warto więc bardzo trzeźwo przyjrzeć się temu, na czym polega, skąd się wziął, jakie ma rzekome zastosowania i co o jego skuteczności mówią badania. Celem jest proste oddzielenie: co jest w nim reklamą, a co realną pomocą (jeśli w ogóle jest jakaś). I jeszcze jedna rzecz: konsekwencje błędnych decyzji przy chorobach przewlekłych potrafią się ciągnąć latami.
Biorezonans – co to w ogóle jest?
Pod pojęciem biorezonansu kryją się różne urządzenia i metody, ale schemat jest podobny. Pacjent siada lub kładzie się, trzyma elektrody w dłoniach lub stopach, czasem elektrody są przykładane do skóry. Urządzenie „mierzy” rzekome częstotliwości elektromagnetyczne organizmu i na tej podstawie „diagnozuje” problemy zdrowotne, alergie, obciążenia toksynami czy infekcje.
Typowy przekaz marketingowy twierdzi, że każda tkanka, narząd, bakteria czy alergen mają swoją specyficzną częstotliwość. Urządzenie ma najpierw je odczytywać, a potem „przestroić” organizm, wysyłając odpowiednie sygnały. Brzmi to dość naukowo, padają słowa o drganiach, częstotliwościach, polu elektromagnetycznym, ale po bliższym przyjrzeniu widać, że są to pojęcia użyte bardzo luźno, bez spójnego modelu fizycznego lub biologicznego.
Skąd się wziął biorezonans?
Koncepcja biorezonansu powstała w drugiej połowie XX wieku, głównie w Niemczech, jako rozwinięcie wcześniejszych idei o „medycynie energii” i „wibracjach organizmu”. Korzenie są raczej w medycynie alternatywnej i ezoteryce niż w medycynie akademickiej.
W historii biorezonansu powtarza się podobny schemat: pojawia się urządzenie, producent twierdzi, że leczy lub diagnozuje bardzo szeroką listę chorób, po czym – gdy pojawiają się problemy z regulacjami – przekaz zmienia się na bardziej ogólny („wspomaganie organizmu”, „harmonizacja”). Mimo to w gabinetach nadal pojawiają się ulotki i strony internetowe obiecujące skuteczność w bardzo konkretnych schorzeniach, szczególnie przewlekłych.
Jakie problemy „leczy” biorezonans według reklam?
W gabinetach oferujących biorezonans najczęściej pojawiają się hasła dotyczące:
- alergii i nietolerancji pokarmowych
- boreliozy i koinfekcji
- chorób autoimmunologicznych (np. Hashimoto)
- chronicznego zmęczenia, fibromialgii, bólów stawów
- „odtruwania organizmu” z metali ciężkich i toksyn
- problemów trawiennych, dolegliwości jelitowych
- wspomagania w odchudzaniu, rzucaniu palenia
- czasem – co jest najbardziej niepokojące – chorób nowotworowych
Wspólny mianownik: są to problemy przewlekłe, złożone, frustrujące. Często pacjenci z takimi chorobami mają za sobą lata diagnostyki, skomplikowane leczenie, czasem poczucie bezradności. To tworzy idealne warunki dla ofert, które obiecują prostą, szybką i bezbolesną diagnozę oraz terapię.
Najważniejsza rzecz: żadna poważna instytucja medyczna na świecie nie uznaje biorezonansu za wiarygodne narzędzie diagnostyczne ani skuteczną metodę leczenia chorób przewlekłych.
Na czym ma polegać „działanie” biorezonansu?
Według zwolenników, urządzenie do biorezonansu:
- Odczytuje „zaburzone częstotliwości” organizmu (co ma odpowiadać chorobom, infekcjom, alergiom).
- Porównuje je z bazą wzorcowych częstotliwości (zdrowych lub chorobotwórczych).
- Wysyła „skorygowane” sygnały, które mają przywrócić równowagę.
Brzmi to efektownie, ale problem zaczyna się w momencie, gdy pyta się o konkrety: jakie to dokładnie częstotliwości, w jakich jednostkach, jak udowodniono ich związek z konkretnymi chorobami, jak sygnał wysyłany przez elektrody miałby fizycznie modyfikować procesy w narządach czy komórkach. Na te pytania najczęściej nie ma naukowo spójnych odpowiedzi.
W praktyce „wynik biorezonansu” bywa raczej interpretacją operatora urządzenia niż obiektywnym pomiarem. Często odczyty są tak ogólne, że łatwo dopasować je do dolegliwości pacjenta – to klasyczny efekt Barnuma (komunikaty na tyle ogólne, że każdy może się w nich odnaleźć).
Biorezonans a badania naukowe
Diagnostyka alergii i nietolerancji
Biorezonans jest często reklamowany jako „bezbolesna alternatywa” dla testów skórnych czy badań z krwi u alergologa. Dlatego właśnie w tej dziedzinie wykonano kilka badań porównawczych. Wynik jest spójny: biorezonans nie wykazuje wiarygodności w diagnozowaniu alergii.
Badania porównujące wyniki biorezonansu z klasycznymi testami alergologicznymi (testy skórne, swoiste IgE) czy prowokacjami doustnymi pokazały, że:
- wiele „alergii” wykrywanych biorezonansem nie potwierdza się w żadnym obiektywnym teście,
- część rzeczywistych alergii w ogóle nie jest przez biorezonans wykrywana,
- zgodność między biorezonansem a standardową diagnostyką bywa zbliżona do rzutu monetą.
Towarzystwa alergologiczne wprost odradzają używania biorezonansu do diagnostyki alergii. W oficjalnych zaleceniach jest on wymieniany jako metoda niewiarygodna i wprowadzająca w błąd.
Leczenie chorób przewlekłych
W przypadku leczenia sytuacja wygląda podobnie. Deklaracje są szerokie – „leczenie boreliozy”, „regeneracja tarczycy”, „odtruwanie wątroby” – ale dobrze zaprojektowanych badań wysokiej jakości po prostu brakuje.
Jeżeli jakieś publikacje się pojawiają, często są to:
- małe grupy pacjentów,
- brak porządnej grupy kontrolnej (np. placebo),
- słabo opisane kryteria oceny skuteczności,
- czasem czasopisma o niskiej wiarygodności naukowej.
Przy chorobach przewlekłych, które naturalnie falują (lepsze i gorsze okresy), bardzo łatwo przypisać „poprawę” dowolnej interwencji. Bez rzetelnych badań nie da się stwierdzić, czy to efekt terapii, czy naturalny przebieg choroby, czy placebo, czy równoległe leczenie standardowe.
Do tej pory nie ma wiarygodnych dowodów, że biorezonans leczy boreliozę, choroby autoimmunologiczne, nowotwory ani inne poważne choroby przewlekłe. Takie twierdzenia należy traktować jako nieuzasadnione.
Biorezonans a choroby przewlekłe: gdzie jest ryzyko?
Samo siedzenie z elektrodami przez kilkadziesiąt minut raczej nie zrobi krzywdy fizycznej (choć osoby z rozrusznikiem serca czy ciężkimi zaburzeniami rytmu serca powinny uważać na wszelkie urządzenia emitujące prądy). Problem jest inny – konsekwencje błędnych decyzji diagnostycznych i terapeutycznych.
Największe ryzyka przy chorobach przewlekłych:
- odstawienie lub opóźnienie sprawdzonego leczenia (np. antybiotyków w boreliozie, leczenia onkologicznego, immunosupresji w chorobach autoimmunologicznych),
- wprowadzanie nieuzasadnionych restrykcji dietetycznych na podstawie „alergii z biorezonansu”, co prowadzi do niedożywienia, niedoborów, zaburzeń odżywiania,
- fałszywe poczucie bezpieczeństwa – „urządzenie pokazało, że wszystko jest dobrze”, więc pacjent nie wykonuje zaleconych badań kontrolnych,
- obciążenie finansowe – długotrwałe „terapie” biorezonansowe potrafią kosztować tysiące złotych, bez realnego zysku zdrowotnego.
Dlaczego ludzie decydują się na biorezonans?
Wyboru biorezonansu nie dokonuje się z głupoty. Zwykle stoi za tym konkretna historia. Wspólne elementy pojawiają się bardzo często:
Po pierwsze – rozczarowanie systemem ochrony zdrowia. Kolejki, krótkie wizyty, lekarz, który nie tłumaczy, brak czasu na rozmowę. Pacjent z przewlekłym bólem, zmęczeniem czy niespecyficznymi objawami często słyszy „proszę brać przeciwbólowe” albo „to ze stresu”. To frustruje i pcha do szukania „kogoś, kto wreszcie wysłucha”.
Po drugie – kompleksowość oferty. Gabinety biorezonansu obiecują „holistyczne podejście”, długą rozmowę, analizę całego życia pacjenta. Tego zwyczajnie brakuje w publicznej opiece zdrowotnej, więc nic dziwnego, że ludzie to wybierają.
Po trzecie – nadzieja. Przy chorobach przewlekłych, które trwają latami, każdy nowy trop wydaje się wart sprawdzenia. I tu pojawia się problem etyczny: sprzedawanie nadziei bez pokrycia w faktach.
Czy biorezonans może być „dodatkiem” do leczenia?
Argument często spotykany: „Skoro nie szkodzi, to może chociaż pomoże trochę, jako dodatek?”. Tylko że przy chorobach przewlekłych „nieszkodzenie” to nie tylko kwestia prądów i elektrod, ale przede wszystkim decyzji podejmowanych na podstawie wyników.
Jeżeli ktoś:
- traktuje biorezonans jako ciekawostkę,
- nie zmienia bez konsultacji z lekarzem żadnych leków ani zaleceń,
- nie opiera żadnych poważnych decyzji (np. o rezygnacji z chemioterapii, antybiotyków, insuliny) na wynikach urządzenia,
– ryzyko jest mniejsze, choć nadal pozostaje problem wydawania pieniędzy na metodę bez potwierdzonej skuteczności.
Jeżeli jednak biorezonans zaczyna zastępować medycynę opartą na dowodach, wchodzi się na bardzo niebezpieczny teren.
Jak rozmawiać o biorezonansie z lekarzem?
W praktyce wielu pacjentów ukrywa przed lekarzem korzystanie z metod alternatywnych, bo boi się krytyki czy wykładu „co jest nauką, a co nie”. To nie pomaga nikomu. Dla specjalisty leczącego chorobę przewlekłą informacja o biorezonansie jest ważna z dwóch powodów:
- pozwala wychwycić potencjalnie niebezpieczne decyzje (np. plany odstawienia leków),
- pokazuje, jak bardzo pacjent jest niespokojny, niezadowolony, zmęczony dotychczasowym leczeniem – to sygnał, że trzeba więcej czasu poświęcić na wyjaśnienia i wsparcie.
Sporo zmienia proste podejście: otwarta rozmowa, bez agresji z obu stron. Pacjent ma prawo zapytać lekarza wprost: „Co pan/pani sądzi o biorezonansie w mojej sytuacji i dlaczego?”. Lekarz ma obowiązek odpowiedzieć konkretnie, a nie zbyć temat jednym zdaniem.
Podsumowanie: czy biorezonans jest skuteczny?
Z perspektywy danych, a nie obietnic marketingowych, wniosek jest jasny:
- biorezonans nie jest wiarygodną metodą diagnostyczną w alergologii ani w innych dziedzinach,
- brakuje dowodów, że biorezonans skutecznie leczy jakiekolwiek poważne choroby przewlekłe,
- największym zagrożeniem są błędne decyzje podejmowane na podstawie jego wyników i odkładanie skutecznego leczenia.
Osoby z chorobami przewlekłymi zasługują na coś lepszego niż kosztowne, niezweryfikowane urządzenia. Warto inwestować przede wszystkim w dobrą diagnostykę, sensownie dobrane leczenie, ruch, sen, wsparcie psychiczne oraz relację z lekarzem, z którym da się normalnie porozmawiać. Biorezonans – przy obecnym stanie wiedzy – pozostaje głównie produktem marketingowym, a nie narzędziem medycznym.
